środa, 14 października 2009

wreszcie mam neta:) por fin tengo el internet

     Witajcie, po wielu dniach milczenia, wreszcie mam szansę coś tutaj skrobnąć. Darmowy net wreszcie zadziałał:). Cóż, w ciągu tego czasu, zdążyłam pójść znowu w góry, pojechać do Almerii na plaże i na koncert gospel, zwiedzić tutejsze ferie, no i przede wszystkim troszkę się spalić, ponieważ, w dzień jest miedzy 25-35 stopni, zaś w nocy zimno tzn. 12-14. Podobno do końca listopada można jeszcze się opalać na plaży, więc będę mogła to sprawdzić:)
   Z moich refleksji dotyczących studiowania, to nie mogę tu znieść jednej rzeczy, której podobno nawet hiszpanie nie rozumieją, otóż gdy na zewnątrz panuje taki upał, na uniwersytecie, w salach mają włączoną klimatyzacje na 14-16 stopni. Po prostu ziąb. Tak samo w samochodach i autobusach. Przez te ciągłe zmiany temperatur człowiek się przeziębia. Czyżby oni sami o tym nie wiedzieli??
   Ale dość narzekania, z przyjemniejszych stron studiowania, to... byłam ostatnio przy tablicy, tłumacząc jakieś zagadnienie z topologii. Możecie się zdziwić, ale na początku sama tego nie rozumiałam, ale dzięki Bogu mam koleżankę hiszpankę, która rok temu również była na Erazmusie, we Włoszech i źle to przeżyła, więc pomaga nam jak może:), jest super. Po prostu jakby mi z nieba spadła:).

    W zeszłą sobotę pojechałam w góry, kremy do opalania zostawiłam w Salou, więc po 6 godzinach na słońcu, troszkę się spiekłam. Ale było super.  




   Zaś w poniedziałek byłam w Almerii, pojechaliśmy rano.

To jest ten budynek w którym odbywał się koncert gospel


Almerii znajduje się 2 godziny drogi stąd, na południe, więc pojechaliśmy tam z rana, pogoda piękna, za to piasek na plaży czarny (zobaczycie na zdjęciach)



 
,Titanic??:)

  byłam tam ze znajomymi, 

moja nowa łódź (mi barco nuevo)


no i śliczny zachód słońca: (una preciosa puesta del sol):

 

no i też się tam doprawiłam z kolorem, więc mam już piękną opaleniznę, jeśli ją jeszcze widać:).

       Byłam również na ferii (zaraz po górach:))
, gdzie sprzedawali różne wyroby własne, był nawet taki szklarz, niesamowite było, jak wypisywał oraz ozdabiał własne wyroby szlifierką.


Z Sebastianem i Gosią zrobiliśmy również kolację polską, a co na niej było? to wam zdjęcia opowiedzą:)
Wałkowanie odbywało się za pomocą ......  pełnej butelko coca-coli, jakoś wałków tu chyba brak:)

A na koniec mam dla was zagadkę, jak myślicie gdzie są produkowane te buty??
 



    W tym tygodniu może mi się uda pojechać do Kartageny, zaś za tydzień wybieram się do Granady, więc relację zdam jak będę już po fakcie:) pozdrawiam gorąco  

   

1 komentarz:

  1. Domyślam się,że pozdrawiasz gorąco! A u nas w Polsce straszny mróz, więc się przyda:) Mam nadzieję, że mi też się uda wyjechac(zglosilam kandydature na wyjazd do Irlandii Północnej:))! buziaki!!

    OdpowiedzUsuń